czwartek, 2 maja 2013

07. Spotkanie czy randka?

17 maja 2013, piątek/18 maja 2013, sobota
Londyn, UK
*Perspektywa Alexandry*
- Nie jestem pewna, Vicky. - mruknęłam spoglądając krzywo na nastolatkę. - To głupi pomysł.
- Ojj, no nie bądź taka drętwa. - dodała swoje "3 grosze" Megan. - Będzie genialnie! - krzyknęła, po czym odtańczyła taniec... emm... nie miałam pojęcia jaki.
- I znowu będę musiała was pilnować, żebyście się nie upiły? - zapytałam sarkastycznie. - Nie pamiętacie już, co było na ostatniej dyskotece?
- Przesaaaadzasz... Raz na jakiś czas można się "chlejnąć". Uwielbiam stan nietrzeźwości. Zero problemów, czysta zabawa... Też powinnaś spróbować! - stwierdziła Vic, po czym zaśmiała się cicho.
- No nie wiem... - odpowiedziałam niepewnie. - Ale to będzie ostatni raz. - uległam swoim przyjaciółkom, które przybiły piątkę.

***
- Oszalałyście?! Nigdzie nie wyjdę w takim stroju! - protestowałam. Zmierzyłam je wzrokiem i dodałam: - Sama wybiorę sobie ubrania!
Tylko panterka, krótka spódniczka, wysokie szpilki, dekolt do pasa, odsłoniony brzuch?! To zdecydowanie nie mój styl.
Weszłam do toalety, sięgnęłam po odnalezioną wcześniej granatową koszulę bez rękawów, jasno-kremowe rurki, bransoletkę i czarną kopertówkę, po czym wciągnęłam je na siebie. Pomalowałam jeszcze tylko rzęsy i skierowałam się do salonu, w którym czekały już gotowe dziewczyny.
Megan miała na sobie szarą bokserkę z napisem "I VOTE FOR VODKA", czarną marynarkę, bordowe spodnie i torebkę oraz buty w kolorze kurtki.
Victoria ubrała się w kolorową sukienkę, ledwo zakrywającą pupę, wysokie, różowe szpilki. Do tego dobrała torebkę i kolczyki.
Przyznam - ich sposób ubioru nigdy mi się nie podobał. Wolałam spokojne, eleganckie stylizacje, a one...? Pierwsza zdecydowanie przepadała za ostrymi, zaś druga plastikowymi.
Westchnęłam widząc ich zszokowane spojrzenia. Wiedziałam, iż wcale nie chodzi o piękno stroju, lecz o to, że był mało wyzywający.
- OMG, Alex, jak ty wyglądasz. - skomentowała Victoria. - Innych ciuchów nie było?
- Daj mi spokój! - odpyskowałam.

***
- Chodź, po-po-po-potanczyc. - majaczyła Megan, doprowadzając mnie tym do szału. - Nie daj siem namafjać.
- Uspokójcie się! - prosiłam na próżno. Victoria dalej wylewała sobie na tyłek drinka, a Meg wariowała jeszcze bardziej. - Nie?! No to żegnam!
Szybkim ruchem zgarnęłam swoje rzeczy i wybiegłam z klubu, zostawiając tam pijane 18-latki. Miałam ich dosyć! Który to już raz odstawiały taki numer? 10, 50, może 100? Za każdym razem głuche obietnice "Nie wypijemy tyle", a ja tępa zgadzałam się na kolejną imprezę. Sytuacja powtarzała się ZAWSZE.
Myślałam, że pozostawienie ich tam będzie dobrym pomysłem. Po chwili stwierdziłam jednak, iż powiadomię James'a o wspaniałym pomyśle jego dziewczyny i towarzyszki. Napisałam więc sms'a do mężczyzny. Nie przejmując się już niczym powędrowałam do swojej kawalerki, w której mieszkałam samotnie od 2 lat. Rodzice przysyłali mi pieniądze.
5 minut później dostałam odpowiedź:
*Perspektywa James'a*
Okropnie zdenerwowany wsiadłem do samochodu ojca i podjechałem nim pod lokal. Zaparkowałem i pewnym krokiem skierowałem się w stronę wejścia. Bez problemu uzyskałem pozwolenie od ochroniarzy.
Teraz tylko znaleźć mojego skarba i Tori. To będzie przecież łat... Co ja gadam! Muszę dobrze wytężyć wzrok. 
Niedługo później odnalazłem Megan w kąciku sali, obściskującą się z jakimś typem. Podszedłem bliżej i zdałem sobie sprawę, iż to ON przyczepił się do NIEJ. Odepchnąłem chłopaka i przytuliłem do siebie przyszłą panią Smith.
- So ty tu ro-robisz? - wyjąkała z trudem.
- Przyszedłem zabrać Cię do domu. Gdzie Victoria? - zapytałem.
- Nje w-w-wj-wjem. - odpowiedziała cicho. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nigdzie nie dostrzegłem dziewczyny, więc jeszcze dogłębnie przeszukałem klub. Odnalazłem kompletnie pijaną Vicky w damskiej toalecie, kiedy... Wydalała wódkę i jedzenie.
Nie bawiliśmy się więcej, tylko wróciliśmy do mojego mieszkania, gdzie moja dziewczyna i jej koleżanka zanocowały.

*Perspektywa Hope*
Zasiedliśmy do stołu, a głos zebrali Robby i mama:
- Mamy wam coś do przekazania. Okazało się, że jestem w ciąży. - dokończyła Georgina.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Czułam złość i żal do pary. Łzy powoli napływały do moich oczu, jednak tuż przed swobodnym spłynięciem ich po policzkach wytarłam je opuszkiem palca.
Przywdziałam sztuczną maskę radości i fałszywie ucieszona zapytałam:
- Który to tydzień?
Georgia i Robert bardzo zdziwili się taką reakcją. Wiedzieli dobrze, iż nienawidzę "przyjaciela" matki. Zapewne wyczekiwali nagłego wybuchu, który miał NA RAZIE nie nastąpić.
- 8. - odparła mama, gładząc swój nieco okrągły brzuszek. Nie wiem, jakim cudem tego nie zauważyłam...?
No i zaczęło się. Sypały się w ich kierunku życzenia, gratulacje. Mdliło mnie, kiedy patrzyłam na tę "słodycz". Po jakichś 30 minutach wszyscy z powrotem zasiedli na krzesła i powróciliśmy do spożywania posiłków.
- Wspaniale, że Carly będzie miała rodzeństwo. - stwierdziła matka znienawidzonego przyszłego ojczyma.
Chwila, a ja?! Wredna, głupia siksa. Nigdy za mną nie przepadała.
- Cieszysz się, skarbie? - zadała pytanie starsza pani. Jej wnuczka lekko pokiwała głową.
Czy mówiłam wam już, iż Carls była tylko moją PRZYRODNIĄ siostrą? Dziewczynka ta urodziła się jako owoc związku mamy i Robert'a. Z początku sceptycznie podchodziłam do dziecka, ale z czasem pokochałam małą. Jedyne, co mnie w niej drażniło to nazwisko.
Czy lepiej brzmi "Carly McCurdy"? Nie! Wolałabym "Carly Collins". 
Jej rodzice zdecydowali się na pierwsze. Nie popierałam. Zacisnęłam dłonie w pięści. Zauważyła to siedząca obok mnie Angelina.
- Hope, coś się stało? - wyszeptała mi do ucha. Pokręciłam głową i rozluźniłam się.
Spotkanie trwało jeszcze godzinę, a potem wszyscy rozeszli się, zaś my z Georginą zabrałyśmy się za sprzątanie. Robby zagarnął córeczkę do spania.
- Jesteś zła? - zapytała cicho.
Myśli w głowie kłóciły się ze sobą. Sama nie wiedziałam, którego głosu powinnam słuchać.
Powiedz jej! Będzie ci lżej!
Zranisz ją! Zachowaj to dla siebie! 
- Nie. Bardziej zawiedziona. - odpowiedziałam. - Mówiłaś, że na Carls się skończy - dodałam z żalem.
- Robert i ja niedługo zostaniemy małżeństwem. Kochanie, to normalne, że chcemy mieć dzieci. Prawda? - wytłumaczyła. Kiwnęłam niepewnie głową. Mama odłożyła błękitną szmatkę na stół i podeszła do mnie, jednocześnie rozkładając ręce. Zrozumiałam przekaz tego czynu i mocno wtuliłam się w nią. - Kocham cię.
- Ja ciebie też. - odparłam.
Skończyłyśmy sprzątać i wróciłam do swojego pokoju. Tam wyjęłam z szafy moją ulubioną pidżamkę - szarą koszulkę na ramiączkach z napisem "I ♥ 1D", spodnie dresowe ze skróconą nazwą mojego ulubionego zespołu i serduszkami, czerwoną bieliznę w kropki, a by nie było mi zimno także szary szlafrok. W łazience napuściłam do wanny wody i wtopiłam się w nią, próbując zmyć z siebie ciężar dzisiejszego dnia. Po udanej kąpieli wytarłam się miękkim ręcznikiem i wysmarowałam ciało balsamem. Później położyłam się spać na pachnące poduszki i odpłynęłam.

***
Wstałam wypoczęta. Sprawdziłam godzinę - 12.07 PM. W pierwszej chwili przeraziłam się. Przecież powinnam teraz być w szkole. Zerwałam się z łóżka, lecz za moment znów na nie opadłam. Przypomniałam sobie o awarii toalet.
Niemądra ja! - ofuknęłam siebie w myślach.
Postanowiłam jeszcze na chwilę położyć pod puchatą kołderkę. Niestety, ktoś postanowił przerwać mi moment odprężenia. Usłyszałam dźwięk wiadomości tekstowej.
Ze względu na zbliżającą się... Tfuu! Zbliżające się spotkanie wstałam z legowiska i odświeżyłam się w toalecie. Wróciłam do sypialni i wybrałam z małej garderoby krótki top z całym One Direction i napisem "Vas Happenin?!", czarne, szarpane szorty, tego samego koloru Converse. Do tego dołożyłam bransoletki związane z nimi napisami oraz naszyjnik z wisiorkiem "Zayn". Obecnie mam passę na Malik'a, która znając życie przejdzie za kilka dni, aby ustąpić miejsca innej, typu Niall.
Tak, uwielbiam One Direction i nie wstydzę się tego. Noszę ubrania z nimi, śledzę ich poczynania w internecie. A ich muzyka? Lekiem na wszystko. Aww.
Związałam włosy w koka oraz zawiązałam bandanę. Pomalowałam jeszcze rzęsy i zbiegłam do kuchni. Przyrządziłam sobie śniadanie w postaci kanapek i wciągnęłam je szybko. Nim się obejrzałam była 01.32 PM. Nałożyłam trochę błyszczyka na usta i wyszłam z domu ucieszona spotkaniem z blondynem.
Doszłam do kawiarenki po 25 minutach, ponieważ uznałam, iż przyda mi się odprężający spacerek. Usiadłam przy jednym ze stolików i czekałam na chłopaka, który zjawił się trochę później. Przywitał mnie buziakiem w policzek. Zamówiliśmy sobie po latte. Zatopiłam wargi w gorącą kawę. Uwielbiałam to. Pianka powoli pobudzała moje zmysły. Doszłam do brązowego napoju. Oblizałam usta. Rozkosz. Jedno słowo, tak wiele znaczeń. Z przyjemności wyrwał mnie głos Tom'a.
- Dobra, księżniczko? - wyszeptał uwodzicielskim głosem. Na jego twarzy pojawił się łobuzerki uśmiech. Tak bardzo kochałam to u chłopaków. Obdarzyłam go tym samym.
- Pyszna. - mruknęłam cicho. - Ja już. - oznajmiłam i oparłam się o krzesło. Dopiero teraz Green zwrócił uwagę na mój strój.
- Aż tak ich lubisz? - zapytał.
- Kocham! - wrzasnęłam. - Są niesamowici.
- Kto to ten cały Zayn? - Z odległości wskazał na wisiorek.
- Zayn to mój mężulek. - wyjawiłam, a on tylko zaśmiał się. - Jest słodki, śliczny, genialny i w ogóle. - rozmarzyłam się. Później dowiedziałam się jeszcze, że Tommy też przepada za 1D. Zdecydowaliśmy się iść do wesołego miasteczka. Pogoda jak na Londyn była świetna.

***
- Może na początek rollercoaster? - zaproponował blondyn.
- Nie-e! - krzyknęłam.
- No chodź! - zaciągnął mnie do wagoniku. Czułam się jak w filmie romantycznym. On zabiera ją na randkę do wesołego miasteczka i proponuje tę atrakcję, ona boi się, ale wsiada, a później ze strachu tuli się do niego i buziak. Ewentualnie zwraca swoje śniadanie. Chyba wolę to 1!
Pasuje mi taki przebieg wydarzeń.
Więc wsiedliśmy. Powoli zaczynaliśmy się poruszać, a potem... widziałam tylko bluzę Tom'a. Z kolejki wyszłam nieco... emm... zmulona? Stwierdziliśmy z chłopakiem, że czas na coś spokojniejszego.
- Zamknij oczy. - poprosił Green, a ja przymknęłam powieki. Szliśmy dość krótko, potem straciłam grunt pod nogami, by odzyskać go na siedzeniu (?). - Już.
Okazało się, że siedzimy na ławeczce prowadzącej do czarnego tunelu.
- Muszę ci coś wyznać. Moją wielką tajemnicę. Bo ja...

~*~
Hej, koty! ;3
Jak się podoba rozdzialik? Nawet długi.

Wasza Daria xx

wtorek, 30 kwietnia 2013

06. Kolacja

 CZYTASZ = KOMENTUJESZ

16 maja 2013, czwartek
Londyn, UK
*Perspektywa Hope* 2 tygodnie 5 dni
Od feralnego dnia minęły prawie 3 tygodnie.
Nadal nie pogodziłam się z Jamesem, który wcale nie palił się do przeprosin. Może sądził, że to ja będę się przed nim płaszczyć? Co to, to nie, frajerze!
Niby był mi zupełnie obojętny... Widocznie dobrze udawałam. Okropnie było mijać go jakbyśmy się nie znali. Przecież tak było prościej! Ale dla kogo? Dla niego? Całe to ignorowanie kosztowało mnie strasznie dużo. Chciałam móc wtulić się w jego umięśniony tors. Zapomnieć o Bożym świecie. Wdychać godzinami jego wspaniałe perfumy, wirować z nim po parkiecie. Kochałam to, a z powodu kłótni musiałam tego zaprzestać. Czułam się jak dziecko, któremu odebrano zabawkę. Jak kot, któremu zabrano mleko czy Whiskas. Czy to dobre porównanie? Aaa, nieważne!
Co do Charles'a - zniknął tuż po wizycie w domu Angeliny. Policja zapewnia, że jest poszukiwany i możemy być spokojne...
- Hopy, słuchasz mnie? - wrzasnęła Megan, przerywając brutalnie moje rozmyślania.
Ach, tak! Zapomniałam o 1 małym szczególiku. Meg szybko dowiedziała się o zdradzie jej chłopaka. Niestety, była na tyle głupia, by wybaczyć Jim'iemu.
Dzięki Bogu, nie spotykamy się z brunetem. Nie wytrzymałabym jego obecności i widoku ich razem. Sam fakt ich związku przytłaczał mnie, a to... byłoby dla mnie jak śmierć.
- Tak, tak, jasne. Tylko jakbyś mogła powtórzyć. - mruknęłam, na co Angie, Victoria i Alexandra zachichotały. Zmroziłam je wzrokiem, lekko szczędząc przy tym mojej najlepszej przyjaciółki.
- Soczyście obrażałam właśnie naszą babkę od matmy. Co za jędza... - westchnęła. Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem na nietrafne połączenie, mianowicie "soczyście obrażałam".  Po jakiejś, zdecydowanie dłuższej, chwili opanowałam się i stwierdziłam:
- Ok, ja się zbieram. - Obdarzyłam jeszcze każdą z nich uśmiechem i uściskiem, po czym skierowałam się w stronę wyjścia.
Londyński "Starbucks"* wcale nie był mały, za to urządzony bardzo przytulnie. Rozciągał się niczym korytarz. Najbliżej drzwi znajdowała się półka ze styropianowymi kubkami. Za nią lada, przy której stała blondynka, a pod nią masa propozycji i zamówień. Naprzeciwko nich postawiono wiele, wiele stołów i krzeseł, więc ludzie bez problemu mieścili się w kawiarence. Ściany pomalowano na jasny beż i brąz, zaś na podłogę nałożono drewniane panele. Duże, klasyczne lampy oświetlały lokal.
Szybko odwróciłam się w stronę wrót. Poczułam na piersiach gorący płyn. Jęknęłam głośno, podnosząc wzrok na swojego "oprawcę". Okazał się nim przystojny blondyn o czekoladowych oczach, które wciągały niczym głęboka otchłań piękna.
- Ojej, okropnie mi przykro. - tłumaczył się. Zdziwił się mocno, gdy zachichotałam. Trochę rozluźniło to napiętą atmosferę panującą pomiędzy nami. Chłopak szeroko uśmiechnął się. - Jestem Tom. Tak, właśnie Tom Green.
- Nic nie szkodzi. - speszyłam się. - Jestem Hope Collins. 
- Ładnie. - rozmarzył się. - Ups... Przeze mnie masz mokrą bluzkę. Wygląda na drogą. - mówił. Tylko nieznacznie pokręciłam głową, chociaż on i tak nie zwracał na to uwagi. - Daj mi swój numer. Załatwię Ci czek za to... - Wskazał dłonią na plamę. Podałam mu, jak prosił ciąg cyrf i zakładając skórzaną kurtkę pożegnałam się z chłopakiem.
Idąc betonowym chodnikiem nuciłam pod nosem "Wings", Little Mix. Owszem, należałam do Mixers i szczerze zazdrościłam im głosów.
- Aww... - mruknęłam i szybko zakryłam usta, dziwiąc się, że owe krótkie słowo wydobyło się z nich. Zaśmiałam się w myślach i pognałam dalej w stronę swojego domu.

***
Doszłam do niewielkiego mieszkania. Po przekroczeniu jego progu zdjęłam swoje sandałki i powędrowałam do salonu, z którego dobiegały mnie ciche wypowiedzi.
- Musimy jej powiedzieć. Musimy. - rozkazał szeptem nowy partner mamy.
John Collins - mój biologiczny ojciec 7 lat temu dowiedział się, że ma nowotwór. Nie chciał martwić ani mnie, ani swojej żony. Żył normalnie, nie przejmował się chorobą. Żadna z nas nie zauważyła jego lekkiego przybicia, utraty masy ciała. Wszystko brałyśmy za zwykłe starzenie się. Jednak stwierdzenia te okazały się nietrafne, kiedy tata zasłabł w pracy, a był genialnym, najlepszym na świecie biznesmenem. Zawsze wyspany, na czas. Wtedy zrozumiałyśmy, że dzieje się coś złego.
- Mamusiu? - zawołałam, widząc bliską wychodzącą z gabinetu lekarza. - Coś się stało? - Podbiegłam do niej i przytuliłam, chociaż, by zetrzeć duże łzy z policzków, byłam zbyt niska. Ona nie odpowiedziała nic, tylko nieznacznie się schyliła i pogłębiła uścisk. 
- Siądźmy. - zebrała wreszcie siły, by cokolwiek powiedzieć. Pociągnęła mnie lekko w stronę odrapanych, drewnianych krzeseł. - Skarbie... Tatuś jest chory, nie wyjdzie ze szpitala. Posłuchaj... Wiem, trudno ci to pojąć, ale on umrze. Musimy zostać z nim do dnia jego śmierci. Obiecujesz? - łkała.
- Obiecuję.
John walczył, ile tylko miał sił. Starczyło mu ich na 6 miesięcy... 
FRAGMENT PIOSENKI NIE MOJEGO AUTORSTWA
TEKST PIOSENKI "JEJ OSTATNI ROK" OLI KAWICKIEJ (NAPISAŁA GO I ZAŚPIEWAŁA) 
LINK DO GENIALNEJ PIOSENKI
TEKST NA POTRZEBY ROZDZIAŁU Z LEKKA ZMIENIONY Z UMIERAJĄCEJ DZIEWCZYNY NA MĘŻCZYZNĘ 
"Prawdziwa miłość połączyła ich
Walczyli do końca, choć brakło sił
On nie chciał by każdego dnia
Musiały patrzeć jak upada tak
Pomyśl jaki to był dla nich ból
Wiedząc, że w końcu odejdzie znów
Wiedząc, że w końcu nadejdzie czas
że wezwie go do góry, że odejdzie w dal... 


Dalej zegar bił, a poprawy brak
Jego ciało z dnia na dzień straciło blask
Mimo, że organizm walczył cały czas
On była jedną z najszczęśliwszych gwiazd
One całe dnie spędzały obok niego
Z zapartym tchem patrzyły w oczy jego
Nieważne, że kończył mu się czas
Dopóki byli razem, mogli radę dać
Mijały dni, gorzej z nim
Zbliżamy się do końca choć...
Wie, że z życiem musi żegnać się
Odchodzi szczęśliwy, bo one przy niej są
Uczucie pomogło mu pokonać strach, walczyć tak
Żona pod koniec pocałowała go i szepnęła do jego ucha: 

Zawsze razem, mimo to..."
Potrząsnęłam głową, próbując wytrącić z niej smutne wspomnienia.
- Ależ, Robby. - błagała moja rodzicielka. - Sądzę, że na razie powinniśmy to... zataić.
- Georgia... Sam już nie wiem. Rzeczywiście powinniśmy jej powiedzieć. Dziś. - zdecydował Robert. - Przygotujemy małe przyjątko dla naszych rodziców i.... - przerwał słysząc kroki w korytarzu.
A niech to! Przyłapali mnie! Chol(lll)era! - klnęłam w myślach. Powoli weszłam do pomieszczenia, w którym przebywali.
- Cześć, mamo. - Cmoknęłam ją delikatnie w policzek. - Dzień dobry. - dodałam chłodno, nie spoglądając nawet na "chłopaka" Georginy**.
Dlaczego za nim nie przepadałam? Nie mam zielonego pojęcia. Co mi zrobił? Czego nie? Właściwie nie mam podstaw, by go nie lubić.
Może boli cię fakt, że próbuje w jakikolwiek sposób zastąpić twojego ojca? - podpowiedział mi cichy głosik.
- Nie! - wrzasnęłam. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że na głos. Obecni spojrzeli na mnie dziwnie, a ja, tak jakby to była najzwyklejsza rzecz, wytłumaczyłam: - Po prostu zdałam sobie sprawę, że to, co myślę nie ma sensu. - zarechotałam. - Jest gdzieś coś słodkiego? - zapytałam, słysząc, jak głośno burczy mój brzuch. Georgia wskazała mi, gdzie mogę znaleźć Lion'a. Wyciągnęłam go z szafki i z papierka. Następnie wróciłam do salonu.
- Skarbie? Co powiesz na jakąś.... hmmm.... kolację. Zaprosiłabyś Angelinę i James'a. - zaproponowała. - Wyrobimy się do 5 PM? Jest - Sprawdziła godzinę. - 1 PM.
- Jasne! Tylko... James jest zajęty. - skłamałam. - Mówił, że nie ma czasu po południu.
- Załatwione.

***
Zaraz po zaproszeniu Angie zabrałyśmy się z mamą za przygotowanie jedzenia. Zajęło nam to godzinę.
Opuściłam kuchnię i wbiegłam do mojego pokoiku. 
Owe pomieszczenie urządzone było w przytulnym stylu. Dominowały w nim stonowane kolory. Zaraz po wejściu do sypialni widać było wielkie drzwi od szafy (nie widać ich na zdjęciu), w której na wieszakach wisiały ubrania. Po lewej stronie mieściła się blado-różowa toaletka, nad nią duże, okrągłe lustro, kilka kwadratowych półek, zaś pod spodem purpurowe pudełka z kosmetykami i beżowe pudło ze zdjęciami. Siedliskiem okazało się śliski taboret. Lekko z boku, za szafą postawiono białą meblościankę z różnymi książkami, zdjęciami, laptopem i zeszytami. Do mebla dostawione było krzesło. W rogu rozciągało się beżowe łóżko z porozrzucanymi poduszkami. Ściany pomalowano na jasne barwy, podłogę pokryto panelami i dywanikiem.
Otworzyłam na oścież garderobę i dobre 5 minut myślałam nad doborem odpowiednich ciuchów. Ostatecznie zdecydowałam się na wybór różanej, swoją drogą ślicznej, sukienki do połowy uda oraz brązowych kozaczków na koturnie. Stwierdzając, że muszę się odświeżyć zawlekłam swój szanowny tyłeczek do łazienki. Spędziłam w niej 30 minut. Wzięłam odprężającą kąpiel, jednocześnie umyłam włosy, wtarłam w ciało poziomkowy balsam i wysuszyłam "kłaki", które opadały mi wolno na ramiona. Wykonałam jeszcze podstawowe czynności, typu: mycie zębów, i wyluzowana oraz pachnąca moimi ulubionymi owocami wkroczyłam do swojego królestwa.
W mig zamieniłam szlafrok i kapcie na wybraną stylizację. Pociągnęłam po powiece czarnym eye-liner, maznęłam wargi brzoskwiniowym błyszczykiem oraz założyłam biżuterię w postaci naszyjnika z sercem i kolczyków.
Gotowa, przed zejściem na dół, przystanęłam przy zwierciadle i przyjrzałam się sobie.
Za duży nos, grube nogi, biust też mógłby być większy, tu krosta, tam przebarwienie, usta suche, krótkie rzęsy... Ale w połączeniu z "łaszkami" nie jest tak źle.
Uśmiechnęłam się do odbicia. Ledwie zdążyłam wejść do salonu, kiedy do moich uszu dobiegł dźwięk dzwonka .Powędrowałam otworzyć przybyłym gościom. Okazali się nimi rodzice Robert'a i Georginy. Nie zdziwiłam się - w końcu... eee... emm... przypadkowo usłyszałam rozmowę partnerów.
Na moją przyjaciółkę musiałam poczekać jeszcze kilka minut. Angelina ubrała się w oczojebną, różową sukienkę, smoliste legginsy i tego samego kolorku szpilki. Dobrała do tego jeszcze ozdobę na szyję podobną do mojej i bransoletkę. "Nitki" związała wysoko w kucyka.
Zasiedliśmy do stołu, a głos zebrali Robby i mama:
- Mamy wam coś do przekazania. Okazało się, że...

* To jest wnętrze innego Starbucks'a. 
** Bohaterki często w myślach nazywają swoje matki po imieniu.

~*~
Na początek chciałabym przeprosić za to, iż musieliście czekać na nowy rozdział miesiąc. Niestety, mam dużo obowiązków związanych ze szkołą i domem. Nie będę już, tak jak w zimie, poświęcać niemal całego wolnego czasu na skrobanie kolejnych słów. Są spotkania ze znajomymi, sporty... Pozostali bloggerzy na pewno mnie zrozumieją.
Jak może zauważyliście ten post jest nieco dłuższy od poprzednich. Jest to małą rekompensatą za długą nieobecność nowości itp.
Podoba się? Wybaczcie - Hope i James na razie się nie pogodzili. Nadal zastanawiam się czy to w ogóle nastąpi.
Dziękuję wszystkim osobom, które czytają mojego bloga, a w szczególności użytkowniczce Ol Ga, która komentowała prawie wszystkie rozdziały. Jeżeli czytacie - komentarz. ;*

Kocham,
Wasza Daria xx

Obserwatorzy